Twoje imię (wymagane)

Twój e-mail (wymagane)

Temat

Twoja wiadomość

Share

Nie można uprawiać sztuki bez poświęcenia. Jest to według mnie nierozłączne w  przypadku poważnej sztuki. Truman Capote w „Muzyce dla kameleonów” pisze o literaturze, jako o dziedzinie, która każdemu zajmującemu się nią na poważnie z każdym kolejnym krokiem stawia przeszkody, które z czasem zmieniają pisarza nieodwracalnie.Myślę, że powyższy sąd można rozumieć w kontekście każdego rodzaju sztuki i traktować jako jeden z najważniejszych wyróżników sztuki jako zjawiska…

obraz Rafała OlbińskiegoKim jest zatem w takim razie artysta? Twórca, to ktoś, kto cały czas jest gotowy na zmianę. Więcej – czeka na tę zmianę i na każdy rodzaj jej przejawu jest wyczulony jak mało kto. „Zmiana” jest jednym z kluczowych pojęć, jakie według mnie przynależą do każdego prawdziwego artysty. Nienawidzi on stania w miejscu. Pożąda wręcz odmienności, bez względu na to, czy jest to odmienność miejsca geograficznego, czy odmienność stanów jego wnętrza.

Uważam, że w przypadku muzyki i rozwoju osobowości muzyka jest tak samo. Tu także twórca, który się nie rozwija i u którego nie następuje ewolucja jego warsztatu i przekazu treści, staje się epigonem i w najlepszym przypadku gromadzi tylko najwierniejszych słuchaczy-wyznawców.

Poszukiwania (czasem trudne i wymagające poświęceń), eksperymenty i szukanie nowych treści i nowych sposobów ich przekazywania są jedną z najważniejszych cech prawdziwej sztuki niezależnie od sposobu (dziedziny) jej uprawiania i w zasadzie jest jej sensem i istotą!

Na marginesie żart: Koncert zespołu punk-rockowego. Po koncercie ktoś z publiczności podchodzi blisko sceny i pyta gitarzystę zbierającego sprzęt:
- Słuchaj, dlaczego gitarzyści w innych zespołach wciąż grają różne akordy i dźwięki, a ty przez cały koncert grałeś cały czas tylko jeden?
- Bo oni wciąż eksperymentują i poszukują – odpowiada gitarzysta.
- A ty, czemu wciąż tylko jeden? – pyta dalej słuchacz.
- Bo ja już znalazłem!

Share

.

Harmonia bluesa

Miles DavisBlues jest muzyką opartą na harmonii durowo-molowej. Oznacza to, że jeśli utwór grany jest w tonacji durowej (np. E-dur), melodia lub partie solowe będą grane w tonacji molowej (e-moll). Ta pozorna sprzeczność jest kwintesencją brzmienia bluesowego.
Partie solowe w bluesie napisane są w skali pentatonicznej, ale najbardziej typową skala bluesową stanowi 6-stopniowa (heksatoniczna), która jest skalą wynaleziona w XX wieku. Jest skalą najbardziej charakterystyczną właśnie dla muzyki bluesowej oraz jazzu.

Skala bluesowa

Taką skalę bluesową otrzymujemy poprzez dodanie do skali pentatonicznej jednego dźwięku będącego podwyższeniem (za pomocą znaku chromatycznego) dźwięku głównego, np dla dźwięku podstawowego g będzie to wyglądało następująco:

pentatonika: d, f, g, a, c
skala bluesowa d, f, g, gis, a, c.

dla dźwięku podstawowego c skala bluesowa wygląda tak: c, d, eb, e, g, a,
a dla chyba najpopularniejszego wśród amatorów bluesa zaczynającego się od akordu E, będzie to: e, fis, g, gis, h, cis

Harmonia jazzu

Jazz pochodzi w prostej linii od bluesa, ale harmonia jazzowa, wbrew pozorom nie odbiega bardzo od klasycznej harmonii, którą znamy od wieków z muzyki tzw. poważnej. Tym, co rzeczywiście odróżnia stylistykę harmonii jazzowej od klasycznej, jest niewątpliwie jej brzmienie. Ten element bowiem leży u podstaw jej tworzenia. Harmonia jazzowa jest pełna napięć i dążeń do ściśle określonych celów, albo wręcz przeciwnie – do celów pozornych, nigdy nie osiągniętych (mówię tu oczywiście metaforycznie o celach harmonicznych).
W jazzie i gatunkach pokrewnych harmonię traktuje się w bardziej swobodny sposób niż w klasyce.
Muzycy jazzowi dużo większy nacisk kładą na subiektywne brzmienie akordów niż na ich prawidłową budowę w sensie klasycznym. W bezpośredni sposób wynika z tego ich podejście do całego przebiegu harmonicznego, które jest diametralnie różne od klasycznego. Przejawia się ono w znacznie bardziej zawężonym obszarze oddziaływania poszczególnych akordów na siebie, czyli pojmowaniu zależności harmonicznej wśród najbliżej sąsiadujących ze sobą współbrzmień. Specyficzne jazzowe układy akordowe budują więc ciągłe napięcia w stosunku do swoich najbliższych sąsiadów.
W związku z takim podejściem do konstrukcji harmonii, trudno byłoby określić wszystkie zależności funkcyjne względem tonacji głównej utworu, nie komplikując znacznie całej struktury harmonicznej, a zwłaszcza jej zapisu.
Jednocześnie specyfika stylistyki jazzowej narzuca nam, poprzez swoje bogactwo emocjonalne, przejawiające się w harmonii właśnie tymi konstrukcjami pełnymi napięć i nieoczekiwanych zwrotów tonacyjnych, uproszczenie całego systemu zapisu i bardziej swobodnego podejścia do niego. W jazzie nie określamy więc funkcji harmonicznych jako odniesienia do tonacji, chociaż pojęcie tonacji oczywiście istnieje. Oznaczamy współbrzmienia literami nazw dźwięków, na których dany akord jest zbudowany. Tak więc akord C-dur oznaczamy po prostu literą “C”, D-dur literą “D” itd.
Dzięki tej prostej zasadzie uwalniamy się od poszukiwania zależności każdego akordu od tonacji głównej. Jest to istotne także z innego punktu widzenia. Muzyka jazzowa operuje ogromna ilością modulacji, często tylko chwilowych, by w dalszym ciągu pojawiły się następne. W tym kontekście, poszukiwanie związku każdego takiego zwrotu modulacyjnego z tonacją główną, jest zupełnie bezcelowe, a zapis harmonii oparty na literach pochodzących od nazw dźwięków, zdecydowanie upraszcza całą procedurę.

Share

Krótki opis

 

 

Audacity logoPoczątki istnienia tej nadspodziewanie dobrej, jak na program darmowy, aplikacji sięgają roku 1999. Od momentu powstania narzędzie to jest wciąż rozwijane dzięki pracy i pomysłom wielu programistów z całego świata. W chwili gdy piszę ten tekst, ostatnią wersją dostępną dla wszystkich odbiorców jest 2.0. Jak sugerowałem w tytule, program jest darmowy, rozprowadzany na licencji GNU GPL. Najnowszą wersję aplikacji, jak i dodatki znajdziemy na stronie: http://audacity.sourceforge.net/.

Audacity jest wielośladowym edytorem ścieżek dźwiękowych. Umożliwia ich nagrywanie, proste wycinanie, kopiowanie i wklejanie (umożliwia wielokrotne cofanie wykonanych operacji), miksowanie ścieżek i dodawanie licznych efektów (echa, usuwania szumów, normalizacji, kompresji i wielu innych). Umożliwia także korzystanie z efektów zapisanych w postaci wtyczek VST i LADSPA. Co wyjątkowe, zważywszy że jest to program darmowy, ma też edytor obwiedni/amplitudy, funkcję wyświetlania spektrogramów i analizy częstotliwościowej z możliwością regulacji parametrów.

Co niewątpliwie jest dużą zaletą tego programu w naszych warunkach, Audacity ma polskojęzyczny, ascetyczny na pierwszy rzut oka, ale łatwy w obsłudze interfejs. Dzięki temu przyda się nie tylko osobom, które są zaawansowane w obróbce dźwięku. Bardzo proste są w nim też odszumianie i mastering utworów, a to dzięki wbudowanym filtrom i efektom (np. nieoceniony wyrównywacz, który świetnie może zastąpić prosty kompresor). Łatwo w nim także dodamy efekt echa, zrobimy wyciszenie końca utworu czy wykonamy wiele innych edycji dźwięku. Możliwości tej świetnej aplikacji możemy zwiększyć dzięki wielu dodatkowym wtyczkom, choć i tak to co dostajemy w standardzie z samym programem znacznie przerośnie potrzeby większości użytkowników (zwłaszcza nieprofesjonalistów).

 

Garść szczegółów

 

Audacity może nagrywać sygnał z maksymalną częstotliwością 96 kHz oraz rozdzielczością 32 bitów. Umożliwia stworzenie i operowanie na maksymalnie 16 ścieżkach audio zawartych w jednym projekcie. Źródłem dźwięku dla niego mogą być wejścia: mikrofonowe, liniowe oraz tzw. whatishear (to, co słychać z głośników/słuchawek). Ta ostatnia opcja przyda się, gdy chcemy zarejestrować np. audycję radiową czy każdy inny sygnał, który akurat słyszymy. Audacity umożliwia zapisanie końcowego pliku w różnych formatach (także mp3). Dodatkowo możemy skorzystać z programu VSTEnabler, który wprowadza obsługę pluginów VST w tym edytorze.
Instalacja programu jest bardzo prosta, zajmuje on bardzo mało miejsca na dysku.

 

Podstawy obsługi

 

Okno programu AudacityPo pobraniu i prawidłowym zainstalowaniu programu, na początku musimy ustawić porty (wejścia i wyjścia) do nagrywania i odtwarzania dźwięku. Aby to zrobić, klikamy w menu Edytuj, a potem Ustawienia (we wcześniejszych wersjach: Plik/Ustawienia).
W oknie zatytułowanym Audio I/O musimy wybrać urządzenia, które odtworzą i nagrają sygnał audio. Ponadto, jeśli chcemy używać dwóch kanałów (stereo) podczas nagrywania, z listy rozwijanej Kanały musimy wybrać 2 (Stereo). W tym samym oknie znajdziemy także funkcję odtwarzania jednej ścieżki podczas nagrywania innej.
Nagrywanie rozpoczynamy przez naciśnięcie przycisku nagrywania.
Nagrany materiał możemy poddać wielorakiej edycji. Poza prostymi operacjami zmieniającymi układ poszczególnych fragmentów dźwiękowych w czasie (cięcie, kopiowanie, wklejanie, przesuwanie itd.), mamy tutaj bardzo wiele użytecznych narzędzi, m.in. normalizacja , odszumiacz. wyciszanie, narastanie poziomu i wiele, wiele innych. Warto też zwrócić uwagę na filtry górno- i dolnoprzepustowy, korektor graficzny. Możemy poeksperymentować z dźwiękiem, używając funkcji: zmień prędkość, zmień wysokość, zmień tempo.
Audacity pozwala zatem zrobić z dźwiękiem mnóstwo ciekawych rzeczy. Ponadto umożliwia on importowanie ścieżek z płyt CD.
Projekt, nad którym pracujemy, możemy zapisać w formacie programu Audacity (*.aup) bądź wyeksportować do pliku audio (*.wav, *.mp3, ogg vorbis). W menu Plik znajdziemy odpowiednie polecenia. W przypadku formatu mp3 wymagany jest kodek o nazwie Lamę MP3 encoder. Pobieramy go z tej samej strony http://audacity.sourceforge.net/. Przy pierwszej próbie zapisania pliku do formatu mp3 zostaniemy zapytani o lokalizację pliku lame_enc.dll. Od tej chwili już będzie można zachować każdy projekt Audacity jako popularny plik *.mp3, a dostęp do wspomnianego pliku lame_enc.dll definiujemy tylko raz, przy pierwszej próbie zapisu.

 

Podsumowanie

 

Ogólnie możemy powiedzieć, że Audacity jest bardzo prosty w obsłudze, dając przy tym duży wachlarz narzędzi i funkcji do zaawansowanej obróbki dźwięku.
Myślę, że naprawdę warto poznać ten program i odkrywać jego funkcje. Uważam, że jest narzędziem w zupełności wystarczającym zarówno do nagrywania, jak i obróbki dźwięku. Zdecydowanie jest godny polecenia – do nauki i zabawy oraz do poważnych zastosowań.
Są tacy, którzy zaliczają go do narzędzi czysto amatorskich, ale choćby to, że nawet fachowe czasopisma branżowe uwzględniają go wśród testów i rankingów, może świadczyć o tym, że jest to program nie tylko dla amatorów.

 

W skrócie

 

Stabilny, bezpłatny wielościeżkowy edytor do obróbki plików dźwiękowych w wielu formatach, stanowi doskonałą bezpłatną alternatywę dla innych zaawansowanych edytorów (np. SoundForge, WaveLab). Odczytuje (lub importuje), przetwarza i zapisuje (lub eksportuje) pliki *.wav, *.mp3, *.aiff, ogg vorbis i inne. Poza edycją możliwe jest również nagrywanie dźwięku i import z płyt CD. Posiada dużą liczbę wbudowanych efektów, które można rozszerzyć o wtyczki VST. Można dzięki niemu miksować ścieżki, ma analizator spektrum, edytor obwiedni amplitudy oraz funkcję analizy częstotliwościowej.
Świetne bezpłatne narzędzie.

Share

 

Wybór komputera

 

do pracy z muzyką i nad dźwiękiem sprowadza się przede wszystkim do wyboru jego systemu operacyjnego i, co za tym idzie, decyzji o tym, których edytorów i programów audio chcemy używać w tej pracy. Wiadomo przy tym, że problem wyboru systemu operacyjnego budzi bardzo wiele emocji (najczęściej nieracjonalnych), jest przedmiotem burzliwych dyskusji, polemik i niekończących się sporów. Szczęśliwie dwa najpopularniejsze profesjonalne systemy, czyli Windows i Mac OS, umożliwiają w pełni profesjonalne zastosowania.

Obydwa te systemy przeszły długą drogę usprawniania, zwiększania dostępności oprogramowania, poprawy zgodności ze sprzętem, niezawodności i prostoty używania i w rezultacie obecnie są praktycznie równorzędne do interesujących nas zastosowań. Warto także wspomnieć o systemie Linux, który również należy traktować jako jedną z możliwych opcji. I o ile Windows i Mac OS dzieli przepaść niekompatybilnego komputera, o tyle Linux jest w tej kwestii pomostem stojącym ponad podziałami. Co prawda, oprogramowanie dostępne dla tego systemu nie jest tak profesjonalne jak oprogramowanie dwójki wymienionej wcześniej, ale system można zainstalować na komputerze jednocześnie z którymś z tych „profesjonalnych” systemów, a oprogramowanie dla Linuxa jest zazwyczaj darmowe.

 

Windows czy Mac OS?

 

Pisanie programów równocześnie na obie te platformy (Mac i PC) wcześniej było dość kosztowne i nieczęste, ostatnio jednak zaczęło być powszechne. Wiele firm programistycznych pisze ten sam kod dla obu systemów (w języku programowania zrozumiałym dla człowieka) i potem kompiluje go oddzielnie (przekształca na język maszynowy) i wzbogaca o różne sterowniki obsługujące inne elementy sprzętowe. Dzięki temu możliwe jest publikowanie programów w wersjach dla obu platform z identyczną praktycznie funkcjonalnością i sposobem obsługi.

Równocześnie obydwa te systemy operacyjne mają aplikacje stworzone wyłącznie dla siebie. Ale dostępność wszelkiego oprogramowania dla tych systemów jest bardzo duża, tak więc decyzja o wyborze systemu jest decyzją podyktowaną tylko osobistymi preferencjami i możliwościami finansowymi (platforma Mac zawsze była i jest znacznie bardziej kosztowna, jeśli chodzi o komponenty sprzętowe).

Poniżej przedstawiam listę wybranych aplikacji dostępnych na wymienione platformy:

Mac OS: GarageBand, Apple Logie Audio, MOTU Digital Performer, U&l MetaSynth, BIAS Peak and Deck

Tylko PC: Linia produktów Cakewalk (SONAR, Project 5), FL Studio (Fruity Loops), Sony ACID i Sound Forge, Adobe Audition, Tascam GigaStudio

Obie powyższe platformy: Digidesign ProTools, linia produktów firmy Steinberg (Cubase, Nuendo), linia produktów firmy Native Instruments (Traktor, Reaktor Kontakt), Ableton Live, Propellerhead Reason, MakeMusic Finale, Sibelius, Cycling 74 Max/MSP i jitter, Plogue Bidule, linia produktów IK Multimedia (AmpliTube, SampleTank)

 

Wybór systemu operacyjnego

 

Wybór systemu operacyjnego nie jest sprawą prostą ani oczywistą. Wszystko zależy (prócz osobistych preferencji i zasobności portfela), także od dostępności konkretnego oprogramowania, istnienia konkretnych urządzeń peryferyjnych, których będziemy potrzebować lub odpowiednich sterowników do nich.

Niewątpliwą zaletą platformy Mac OS jest istnienie darmowej aplikacji dodawanej „na wejście” do systemu operacyjnego (GarageBand). W tym systemie jest także wyjątkowo łatwa konfiguracja MIDI i audio (Apple słynie z tego, że wszelkie połączenia i konfiguracje w jego komputerach są banalnie proste).

Komputery PC generalnie oferują za tę samą (a najczęściej sporo niższą) cenę większe możliwości oraz przy tym nieco wyższą wydajność podczas pracy z rejestracją i obróbką dźwięku. Mamy tutaj też większe możliwości doboru i skompletowania sprzętu, drobnych akcesoriów i małych programów wspomagających.
Ogólnie obydwie platformy umożliwiają sprawną pracę z dźwiękiem na w pełni profesjonalnym poziomie.

 

A może jednak Linux?

 

Do niedawna systemy Windows i Mac OS były praktycznie jedynymi opcjami systemowymi do pracy z dźwiękiem, ale programiści i zagorzali zwolennicy systemu Linux opracowali wspólnie system, który stał się trzecim możliwym wyborem. Linux ma też niewielką (w porównaniu z pozostałymi), ale bardzo oddaną grupę „napalonych” na używanie go do takiej muzycznej pracy.

Oto niektóre zasoby przystosowane do pracy z dźwiękiem w systemie Linux (w tym także pełne systemy – dystrybucje do pracy z dźwiękiem): Projekt Agnula, Alsa, Rosegarden, Ardour, Audacity (wieloplatformowy), MetaDecks, TerminatorX, Studio-to-go (Fervent Software)

 

Niektóre zalety Linuxa:

 

  1. Darmowe oprogramowanie: aplikacje dla Linuxa są zazwyczaj darmowe (typu open source), rozpowszechniane na licencji GNU. Oznacza to, że można ich używać nieodpłatnie (czasem sugerowana jest opcjonalna wpłata dobrowolnych datków). Programiści mogą wykorzystać kod źródłowy tego oprogramowania dla swoich potrzeb. Dla Linuxa jest dostępna coraz większa liczba dobrych i unikatowych aplikacji do pracy z dźwiękiem i muzyką, a co najważniejsze, są one dostępne zupełnie za darmo.
  2. Na Linuxie oparte są także takie jego dystrybucje, które są kompletnymi systemami operacyjnymi napisanymi specjalnie do pracy z dźwiękiem. Wystarczy zainstalować i uruchomić taki system (często można go też uruchomić bezpośrednio z nośnika wymiennego, np. z CD lub pendrive’a), a wszystko będzie odpowiednio skonfigurowane, wraz z załączonymi darmowymi programami do edycji dźwięku, aplikacjami do zapisu nutowego, efektami, instrumentami wirtualnymi i innymi narzędziami.
  3. Linux może być instalowany na komputerze obok systemu Mac OS lub Windows i wówczas nie trzeba rezygnować z obecnie używanego systemu operacyjnego. Takie rozwiązanie wielosystemowe pozwala wybierać system podczas uruchamiania komputera.
  4. W szczęśliwej sytuacji są w pewnym sensie użytkownicy systemu Apple’a, którzy mogą uruchamiać coraz większą liczbę programów napisanych dla Linuxa bez konieczności jego instalacji na swoim komputerze. Niektóre aplikacje można uruchamiać także w systemie Windows dzięki różnym narzędziom programistycznym.

 

Linux ma też wady:

 

  1. Linux jednak nie jest systemem dla komputerowych „przedszkolaków”. Jest tak z powodu mniejszego wyboru aplikacji i gorszej dostępności sterowników sprzętowych w porównaniu do pozostałych systemów. Trudności, które mogą wystąpić podczas konfiguracji, także mogą ograniczać jego wykorzystanie wśród osób mniej obeznanych ze sprzętem i oprogramowaniem. Ten ostatni problem z pewnością doskonale rozwiązują wspomniane wcześniej wstępnie skonfigurowane gotowe dystrybucje.
  2. Jednak wybór oprogramowania i możliwości dla systemów Mac OS i Windows wciąż pozostają znacznie większe niż w przypadku systemu Linux. Przynajmniej na dzień dzisiejszy.
  3. Linux także ma własny format zapisu plików i dlatego ich przenoszenie z i do systemów Mac OS i Windows może być kłopotliwe.

 

 A zatem…

 

Myślę zatem, że warto zastanowić się nad wyborem Linuxa, zwłaszcza jako systemu uruchamianego obok głównego systemu operacyjnego (to naprawdę jest jedna z jego najlepszych cech) i na dodatek z racji tego, że za korzystanie z tego systemu i praktycznie z każdego programu nie będziemy musieli płacić.

Share
wzmacniacz lampowy

wzmacniacz lampowy

Opowiem dziś w skrócie o kilku parametrach technicznych wzmacniaczy estradowych, które możemy i powinniśmy brać pod uwagę przy doborze sprzętu lub podczas rozmów z organizatorami imprez dotyczącymi nagłośnienia, a które to sprawy często traktowane są jako mniej istotne i niesłusznie pomijane.
Temat zainteresuje, mam nadzieję, tych czytelników mojego bloga, zarówno muzyków, zespoły, małe i średnie firmy nagłośnieniowe, jak i Dj-ów, czyli wszystkich, którzy chcieliby czasem coś nagłośnić, a nie dysponują jeszcze dużym doświadczeniem w doborze sprzętu i kierują się jedynie popularnymi parametrami technicznymi,
np. tylko moc wzmocnienia.

Wybrane parametry wzmacniaczy:

.

Damping factor

Damping factor (czyli po polsku współczynnik tłumienia) to ważny parametr przy wyborze wzmacniacza estradowego do głośników basowych. Wyższy DF oznacza większą precyzję dźwięku, gdyż informuje o kontroli drgań membrany głośnika. Inaczej mówiąc, współczynnik ten informuje o tym, jak szybko wzmacniacz tłumi drgania cewki, a w ujęciu praktycznym, im wyższy DF, tym więcej mocy może być dostarczonej do głośnika.

Ogólnie możemy założyć, że dla naszych zastosowań półprofesjonalnych zupełnie wystarczy  zakres DF wynoszący ok. 500-1000 lub nieco więcej, natomiast w przypadku firm nagłośnieniowych obsługujących duże imprezy urządzenia powinny mieć wyższy zakres tego parametru, dochodzący nawet do 5000. Różnica wynika z tego, że im głośniej jest odtwarzany dźwięk (a wspomniane firmy muszą być przygotowane do obsługi wszystkich możliwych imprez – czasem wymagających wyjątkowej głośności), tym parametry wzmacniacza mogą mieć większy wpływ na rzeczywiste wrażenia odsłuchowe.

Zniekształcenia na skutek

wyższych harmonicznych sygnału – THD i THD+N

Te dwie wielkości mówią o zawartości zniekształceń w sygnale wyjściowym wynikających z powstawania wyższych częstotliwości harmonicznych w oryginalnym sygnale. Trzeba także dodać, że THD+N jest parametrem bardziej rzetelnym oraz wyższym od samego THD. Litera „N” oznacza tutaj, że prócz samych zniekształceń harmonicznych, bierzemy pod uwagę także szum wchodzący w skład sygnału („N” – noise, ang. szum), który po wzmocnieniu jest przenoszony na głośniki. Ten parametr powinien wynosić co najwyżej około 0,1% (zdecydowanie lepiej, jeśli jest mniej).

Klasa wzmacniacza

Każdy wzmacniacz mocy charakteryzuje się  stopniem wejściowym, wzmocnienia napięciowego, sterowania, wykonawczym i parametrami zasilacza. Wzajemny stosunek tych wielkości, a zwłaszcza trzech ostatnich wymienionych, określa tzw. klasę pracy wzmacniacza oraz ma istotny wpływ na wiele jego cech: od brzmienia po pobór mocy. Dlatego parametr informujący o klasie pracy wzmacniacza jest jedną z kluczowych informacji, którą należy brać pod uwagę przy jego wyborze wraz z określeniem mocy wyjściowej i dopuszczalnymi parametrami jego obciążenia

Nie wdając się dalej w szczegółowe rozważania na temat parametrów elektrycznych wzmacniaczy, powiem jeszcze, że w pracy związanej z nagłaśnianiem najczęściej znajdują zastosowanie wzmacniacze estradowe klasy D.

Power factor

Parametr określający, jaka część mocy wytwarzanej w układzie wzmocnienia jest rzeczywiście przetwarzana na wzmocnienie sygnału audio, czyli na nagłośnienie. Inaczej mówiąc, jest to sprawność, jaka cechuje dany wzmacniacz.

Możemy założyć, że w przypadku zastosowań amatorskich i półprofesjonalnych nie ma on większego znaczenia, ponieważ najczęściej wzmacniacze stosowane na estradach nie muszą wytwarzać nazbyt dużych mocy. Parametr ten ma zdecydowanie większe znaczenie dla firm zajmujących się nagłośnieniem, które potrzebują większych mocy (np. kilkunastu lub kilkudziesięciu kilowatów).

Impedancja/moc wyjściowa

To najważniejszy parametr decydujący o tym, jakiej mocy głośniki mogą być podłączone do wzmacniacza, bowiem moc wyjściowa wzmacniacza jest ściśle uzależniona od impedancji jego obciążenia. Dlatego nie każdy wzmacniacz jest w stanie obsłużyć takie same obciążenia, jeśli weźmiemy pod uwagę tylko jego moc wyrażoną w kW (kilowatach). Jednym słowem, powinno to być jedno z podstawowych kryteriów, które powinniśmy brać pod uwagę przy kompletowaniu swego sprzętu nagłośnieniowego.

 

Oprócz wymienionych parametrów sprzętu nagłaśniającego istnieje jeszcze wiele innych, także bardzo ważnych, np. najczęściej brana pod uwagę przez muzyków wspomniana wyżej moc (wzmacniacza i głośników). Jednak te, które omówiłem dokładniej, są nie mniej ważne, a zwykle pomijane podczas wyboru sprzętu przez muzyków mniej obeznanych z techniką.

Share

 

Nasza sytuacja

Sądzę, że większość nas, muzyków poważnie myślących o graniu, nagrywaniu i upublicznianiu swojej twórczości, prędzej czy później będzie musiała zmierzyć się z problemem poprawy akustyki wnętrza służącego rejestracji i do odsłuchów kontrolnych nagrań.
Niestety, sytuacja najczęściej wygląda w ten sposób, że całości produkcji muzycznej dokonujemy we wnętrzach nie zaprojektowanych w tym celu i mamy praktycznie zerowe szanse na zmianę np. ich geometrii (pożądane są np. nierównoległe ściany), a i możliwości zmian pokrycia ścian materiałami dźwiękochłonnymi są w domach zwykle ograniczone. W praktyce jest tak, że właściwie prócz ewentualnego przestawiania mebli i zmiany ustawienia biurka, na którym pracujemy, mamy niewielkie możliwości zmiany budowy naszego domowego studia.
Na szczęście, istnieje prosty sposób na poprawę parametrów akustycznych, bez robienia całkowitej „rewolucji” w mieszkaniu i bez zatrudniania w tym celu ekipy murarskiej – jest nim wykorzystanie paneli akustycznych (zwanych też ustrojami akustycznymi). Dzięki nowoczesnej technice i dostępności tych ustrojów już także w Polsce minęły bowiem szczęśliwie czasy, gdy jedynym sposobem na poprawę parametrów akustycznych pomieszczeń było wyklejenie ścian wytłoczkami do jajek.

Gdy już zdecydujemy się zająć taką adaptacją, musimy znać choć minimum teorii na opisywany temat. Dlatego chcę teraz zwrócić uwagę na kilka spraw, które są ważne, gdy podejmujemy decyzję o wyborze rodzaju i o rozmieszczeniu paneli akustycznych. Bo wybór i umiejscowienie tych paneli nie mogą być przypadkowe i jeśli zależy nam na uzyskaniu pożądanej akustyki, musimy kierować się pewnymi zasadami.

Wpierw podzielmy istniejące panele na kilka rodzajów, które są najczęściej używane.

Niektóre rodzaje paneli akustycznych

rozpraszacz Schroeder'a

rozpraszacz Schroeder'a

Wyróżniamy wśród nich np. gąbki akustyczne, dyfuzory Schroedera, rezonatory Helmholtza oraz absorbery szerokopasmowe (nazywane też pułapkami basowymi, gdy mają odpowiednią grubość).

Opiszę teraz sposób działania i możliwe bardzo różne zastosowania wymienionych rodzajów ustrojów akustycznych.
Gąbki akustyczne, a także absorbery szerokopasmowe absorbują dźwięk w pełnym zakresie częstotliwości. Od grubości tego panelu, gęstości, a także od odległości od ściany, w jakiej zostaną umieszczone, zależy, jaką najniższą częstotliwość mogą tłumić. Gąbki takie są dość popularne, ale niestety, nie są dobrym rozwiązaniem przy precyzyjnym wygłuszaniu pomieszczenia. Ze względu na małą gęstość oraz stosunkowo małą grubość, pochłaniają tylko pewien wycinek częstotliwości (zwykle wysokie oraz średnie).

Trzeba też zwrócić uwagę na to, że adaptując akustycznie dowolne pomieszczenie, należy zachować równowagę pomiędzy poszczególnymi pasmami częstotliwościowymi. Dlatego użycie do tego wyłącznie gąbki często skutkuje matowym i dudniącym brzmieniem, w którym niskie rezonanse są wyraźnie słyszalne.

W tej sytuacji do wytłumienia niskich częstotliwości najlepszym rozwiązaniem jest panel o nazwie rezonator Helmholtza. Pozwala on na skuteczne wytłumienie najniższych częstotliwości w wąskim zakresie. Dzięki temu nie ryzykujemy zbyt dużego tłumienia wysokich częstotliwości u góry pasma, które może wystąpić podczas używania w tym celu gąbki akustycznej.

W pomieszczeniach także występuje często problem słyszalnego, metalicznego, „trzepoczącego” echa. W tym przypadku także z pomocą przyjdzie nam jeden z wielu dostępnych ustrojów akustycznych. Myślę w tym momencie o skorzystaniu z dyfuzora Schroedera, który pomoże zlikwidować takie „trzepoczące” echo, przy zachowaniu odpowiedniego czasu pogłosu pomieszczenia. Ustrój ten umożliwia świetne rozproszenie dźwięków, które jednocześnie jest równomierne w czasie i w przestrzeni.

Podsumowanie

Ponieważ, jak opisałem, każdy rodzaj paneli akustycznych pozwala na poprawę tylko wybranych parametrów dźwięku i nie ma rozwiązań idealnych dla poprawy wszystkich jego aspektów, dlatego tylko właściwa kombinacja różnych rodzajów paneli umożliwia uzyskanie dobrze i równomiernie brzmiącego pomieszczenia.

Czego i Wam, i sobie życzę…

Share

przerażający duchOd dawna marzę o połączeniu muzyki i obrazu, chciałbym napisać kiedyś ścieżkę dźwiękową do filmu, a to się wiąże z tym, że chcę swoją muzyką wzbudzać w słuchaczach emocje. Mam tu na myśli nie tylko smutek czy nostalgię, które w muzyce są mi bardzo bliskie i które już chyba umiem przekazywać, ale także na tyle opanować warsztat kompozytorski, by móc wywoływać je wszystkie, także te pierwotne uczucia przerażenia i strachu. Poza tym sądzę, że to bardzo ciekawa wiedza, w jaki sposób można programować emocje o charakterze destrukcyjnym i zarazem jak dobrze napisać muzykę do horroru lub thillera.

Chciałem także umieć wywoływać dźwiękami uczucie suchości w gardle i przyspieszonego bicia serca i dlatego zacząłem się głęboko zastanawiać nad tym, jakie chwyty i zabiegi muzyczne i techniczne decydują o tym, że widz i jednocześnie słuchacz muzyki w trakcie seansu kinowego drży z przerażenia.

Ale jednak nie mogłem samodzielnie dojść do tego, co takiego wywołuje w nas tak pierwotną emocję, jaką jest przerażenie, i co dalej decyduje o tym, że to straszne uczucie zaczyna nami władać i zmusza do zachowań często instynktownych. Jaka jest różnica między zwykłym, codziennym strachem a takim porażającym strachem, który chciałem nauczyć się wzbudzać w słuchaczach i widzach. Dlatego moje pierwsze próby takiego budowania nastroju i emocji dźwiękiem nawet dla mnie były nieprzekonujące i nie ośmieliłbym się zaproponować tych szkiców żadnej osobie związanej z filmem i w ogóle nikomu. Mimo wielu prób z różnymi formami, tempami, brzmieniami i motywami, wciąż nie mogłem dojść do tego, jak oni to robią. Pisząc „oni”, mam na myśli tych kompozytorów, którzy właśnie w pełni opanowali takie „przerażające” techniki, np. Jerzego Matulę, (Wilczyca) Fernando Velázqueza (Diabeł), czy Krzysztofa Knittla (Widziadło).

Teraz już na szczęście o swoich pierwszych i nieudanych wprawkach komponowania muzyki ilustrującej pierwotne emocje mogę pisać w czasie przeszłym, bo w końcu znalazłem źródło wiedzy, które bardzo pomogło mi w ponownych próbach zmierzenia się z opisywanym wyzwaniem kompozytorskim.

okładka książki Fenomen grozy w muzyceW księgarni internetowej znalazłem bowiem książkę pod bardzo dużo mówiącym tytułem: „Fenomen grozy w muzyce„, napisaną przez Macieja Żołnowskiego i w 2007 r. wydaną przez bardzo dobre Wydawnictwo Złote Myśli.

Publikacja ta pozwoliła mi przede wszystkim zacząć umiejętnie korzystać z najnowszych zdobyczy i odkryć psychoakustyki muzycznej (teorii strumieni i obiektów słuchowych) oraz poznać ogólny mechanizm semiotyzacji muzyki (teorię Peirce’a-Noskego). Poznałem problem budowania grozy w różnych rodzajach muzyki (np. w muzyce programowej), a jeden rozdział już sam swój tytuł miał na tyle groźny, że aż bałem się go zaczynać czytać (brzmiał on bowiem: Niepokój, bojaźń, niepewność, wstręt, obrzydzenie, odraza, niechęć, trwoga, przerażenie, lęk paniczny, paniczny przestrach, panika). Autor w sposób bezpośredni i prosty opisuje tu też poszczególne elementy konstrukcyjne muzyki i ich wpływ na zbudowanie nastroju, który chcemy wywołać w słuchaczach.

Myślę, że także bardzo istotnym atutem książki jest grono konsultantów, wzbogacających pracę Żołnowskiego. Uzupełniają ją bowiem wypowiedzi wybitnych muzykologów (prof. Andrzeja Tuchowskiego, dra Michała Zielińskiego) oraz opinia znakomitego kompozytora filmowego (Rafała Rozmusa). Wśród recenzentów publikacji jest także doświadczony pedagog i profesor kompozycji Leszek Wisłocki.

Autor i wydawca postanowili do tej publikacji dołączyć dwa, moim zdaniem, łakome kąski, które jeszcze lepiej pomogły mi zrozumieć mechanizmy opisywanego zjawiska. Są to: zbiór 25 wysokiej jakości sampli w formacie wave wraz z pełnymi prawami majątkowymi do dowolnego ich wykorzystania we własnym zakresie i kolekcja plików midi – fragmentów utworów z klasyką muzyki grozy i znanych standardów z horrorów, o których jest mowa w publikacji.

Jeśli tak jak ja chcesz zacząć być kompozytorem wszechstronnym, pisać do obrazów filmowych i nauczyć się budować muzyką te pierwotne i przerażające emocje, myślę, że też musisz sięgnąć po tę książkę. Dzięki niej poznasz tak naprawdę, „czym to się je” i nauczysz się wielu teoretycznych podstaw budowy psychiki człowieka.

Szczerze polecam!

Share
Marek e-grabek Grabowski

Szał tworzenia Marka e-grabka Grabowskiego

Dziś spróbujmy się zastanowić, jak komponować utwory, czyli: „jak to się robi?”. I od razu chcę zastrzec, że nie chodzi mi o to, jak się powinno komponować lub jaka jest oficjalna szkoła kompozycji, a jedynie opiszę pokrótce, jak to wygląda u mnie.

 

W zasadzie do tej pory nawet się nad tym nie zastanawiałem, po prostu kocham muzykę i muzykowanie, a moje kompozycje powstawały jakoś tak „same z siebie”. Ale temat jest na tyle ciekawy, że spróbuję dziś go nieco przeanalizować.

Na początku muszę powiedzieć, że różnie z tym u mnie bywa. Raz jest to nadzwyczaj szybkie i proste, a utwory po prostu „same” powstają, a innym razem muszę włożyć sporo wysiłku i starania, by powstało coś, z czego sam będę zadowolony. Ponieważ jednak robię to dla przyjemności i z powodu radości tworzenia, dlatego nie mam z tym wielkich problemów i przy odrobinie włożonej pracy uzyskuję w końcu oczekiwany efekt, wprost proporcjonalny do luzu, z którym podchodzę do pisania muzyki.

 

Czyli w zasadzie jak ja to robię?

 

Ano, zazwyczaj tylko siadam do klawiatury i improwizuję, można też bardziej górnolotnie powiedzieć tak, że to „coś” (moja podświadomość) gra za pomocą moich rąk. Staram się wówczas być odprężony i zrelaksowany, wygodnie siedzieć i mieć możliwie czysty umysł, by jego niespokojne myśli nie zakłóciły swobody przepływu wyobraźni. Nie jestem na tyle dobrym instrumentalistą, by ręce na bieżąco śledziły i grały dokładnie to, co dyktuje głowa, ale dzięki graniu krótkich fraz w raczej wolnym tempie, moje palce są w stanie nadążyć za umysłem.

Bardzo przydaje mi się też w tych chwilach znajomość zasad muzyki, tonacji i harmonii, dzięki czemu łatwiej jest mi kontrolować, co gram i uzyskiwać w efekcie muzykę opartą na założeniach formalnych: harmonicznych, melodycznych i rytmicznych, a nie tylko otrzymywać swego rodzaju „strumień świadomości”, który może brzmieć jak kakofonia czy muzyka atonalna.

Jeszcze jednym, bardzo dla mnie ważnym (bywa że nawet najważniejszym) i często inspirującym mój umysł czynnikiem jest barwa dźwięku. Muzycy tworzący szeroko rozumianą muzykę elektroniczną mają do dyspozycji tak ogromne, dosłownie nieskończone zasoby brzmień, zarówno tych, które tworzą inni, jak i stworzonych przez siebie, unikatowych barw dźwięku. Rewolucja VST, która całkowicie zmieniła w ostatnich latach świat syntezatorów i samplerów, spowodowała, że każdy posiadacz kilku takich instrumentów programowych dysponuje „na wejście” paroma tysiącami brzmień i łatwo może ten zestaw powiększać, praktycznie w nieskończoność. Dlatego często gdy zaczynam komponować, szukam w swych instrumentach jakiejś nowej inspirującej barwy, właśnie nią zaczynam improwizować i z tych improwizacji bardzo często powstaje coś nowego.

Gdy dzięki tym improwizowanym zagrywkom powstanie coś, co zwróci moją uwagę, powtarzam to kilka razy, by mi nie uciekło i potem włączam nagrywanie w sequencerze, by to zapisać. Po nagraniu i zapisaniu tej frazy przechodzę do kolejnego etapu polegającego na czyszczeniu i usuwaniu drobnych błędów (np. przypadkowo wciśniętych sąsiednich klawiszy), kwantyzacji (czyli na dokładnym wyrównywaniu początków i długości nut) oraz pracy nad drobnymi korektami nagranego materiału (poprawki w melodii, harmonii, głośności poszczególnych nut).

W tym momencie często pojawiają mi się nowe pomysły. Dogrywam do tej pierwszej kolejne ścieżki współgrające z pierwszą. Najczęściej zaczynam od sekcji rytmicznej (perkusja i bas), następnie wplatam kolejne partie syntezatorowe i/lub ścieżki instrumentów naśladujących brzmienia akustyczne i wreszcie na samym końcu przystępuję do nagrania solówek. Na etapie każdej kolejnej partii szukam odpowiednich, ciekawych brzmień i kontroluję relacje głośności pomiędzy ścieżkami poszczególnych instrumentów.

A co potem?

A potem nic…

Przez co najmniej kilka dni NIC, nawet nie słucham nowego utworu. Odkładam go na jakiś czas (tydzień, dwa), a gdy do niego wrócę po tym odpoczynku z tzw. świeżym okiem (a raczej uchem), analizuję go i często dostrzegam możliwości jego udoskonalenia, zastosowania innych brzmień, korekt poszczególnych płaszczyzn kompozycji. Ponieważ tylko ja decyduję o kształcie moich kompozycji, dlatego to końcowe słuchanie „świeżym uchem”  powtarzam najczęściej kilkakrotnie. W ten sposób praca nad utworami czasem może trwać nawet kilka miesięcy.

Aż w końcu kiedyś sam do siebie mówię: „Dość, lepsze jest wrogiem dobrego, ile można!”.

I utwór jest skończony

 

A jak to jest u Was, co najbardziej Was inspiruje, od czego zaczynacie pracę nad nowym utworem?

Share

Wpis pochodzi z mojego  blogu o rozwoju osobistym i samodoskonaleniu.

Dziś chcę się skupić na rozwoju, na wzbogacaniu wrażliwości, emocjonalności i na zmianie sposobu postrzegania świata dzięki kontaktowi z dziełami noszącymi miano sztuki.

Bronisław Wojciech Linke - Czerwony Autobus

Bronisław Wojciech Linke - Czerwony Autobus

Człowiek niemal od początku swojego istnienia jako homo sapiens ma wrodzone dążenie do wytwarzania rzeczy, które nie służyły i nie służą egzystencji w sensie biologicznym i są przejawami tzw. wyższych potrzeb ludzkich. Tak więc sztuka narodziła się wraz z rozwojem cywilizacji i można przypuszczać, że na początku pełniła przede wszystkim funkcję związaną z obrzędami magicznymi, którą zachowała u ludów pierwotnych do dziś. Sztuka pełni rozmaite funkcje, m.in. estetyczne, społeczne, dydaktyczne, terapeutyczne. Poszczególnymi jej zadaniami będę się zajmował w kolejnych postach, a teraz skupię się jedynie na wyznaczaniu jej ogólnych ram i definicji oraz na estetycznej funkcji sztuki.

Możemy krótko powiedzieć, że jest to dziedzina aktywności ludzkiej uprawiana przez artystów.

Nie istnieje jedna spójna, ogólnie przyjęta definicja sztuki, jest ich współcześnie co najmniej kilka, gdyż jej granice są redefiniowane w sposób ciągły, w każdej chwili może pojawić się dzieło, które w arbitralnie przyjętej, domkniętej definicji się nie mieści.

Nie zgadzam się z jedną ze współczesnych, oficjalnych definicji sztuki, która głosi, że w sztuce pojęcie piękna nie jest ważne i dla niej samej nie jest już nie tylko wartością wyróżniającą, ale nawet nie jest niezbędne.

W ciągu swej długiej historii pojęcie sztuki z bardzo szerokiego, o precyzyjnie wytyczonych granicach, znacznie zawęziło swój obszar. Także jego granice wyraźnie się zatarły. Idąc dalej tym tropem, w społeczeństwach współczesnych sztuka jest w dużej części zawłaszczona przez przemysł rozrywkowy i stała się też w pewnej mierze kolejną gałęzią przemysłu (tzw. sztuka popularna, pop).

Dla mnie o wiele bliższa jest alternatywna koncepcja sztuki, sformułowana przez W. Tatarkiewicza w książce: Dzieje Sześciu Pojęć, która mówi, że twórczość artystyczna jest odtwarzaniem rzeczy, konstruowaniem form bądź wyrażaniem przeżyć, tylko jeśli wytwór tego odtwarzania, konstruowania, wyrażania jest zdolny zachwycać, wzruszać bądź wstrząsać. Dlatego właśnie, zgodnie z ostatnią przytoczoną definicją, nie jest sztuką punk rock, który w swym charakterze niesie tylko agresję i dzikość wyładowania emocji i frustracji. Nie są też sztuką plastikowe, sztampowe przeboje disco, u których źródła leżała jedynie chęć zarobienia pieniędzy. Nie są też sztuką inne tego typu działania rzekomego „artysty”, dla którego piękno, a także wzruszenie widza/słuchacza/czytelnika jest nic nieznaczącym abstrakcyjnym pojęciem.

Spotkałem się z opinią (to tzw. nominatywna definicja), że cechą wspólną dla wszystkich dzieł sztuki ma być intencja, z jaką dzieło zostało powołane do życia. Jeśli twórca kreuje je z intencją stworzenia dzieła, to dany wytwór dziełem bezwzględnie jest. To także pozostaje w zgodzie z powiedzeniem Donalda Judda, że sztuką jest to, co się za sztukę uważa. Taka definicja z kolei uniemożliwia wartościowanie dzieł, wszystko, co autor uzna za sztukę, musi nią być, bez względu na poziom, jaki reprezentuje. Nie zgadzam się z tym zupełnie i uważam, że najważniejszą cechą wyróżniającą sztukę na tle innych działań człowieka jest to, że MUSI zachwycać i wzruszać.

Jednym słowem bezwzględnie konieczną cechą wyróżniającą utwór artysty od wytworów wszystkich innych osób musi być piękno, co zupełnie NIE PRZESZKADZA temu, że dzieło sztuki może przekazywać ważne treści, opowiadać o czymś istotnym bądź wstrząsać.

Share

Przebieg analogowy i odpowiadający mu odtworzony przebieg przy kodowaniu cyfrowym

Przebieg analogowy i odpowiadający mu odtworzony przebieg przy kodowaniu cyfrowym

Cyfrowy zapis dźwięku ma charakter punktowy. Przy nieuważnym spojrzeniu na wykres tego zapisu, wygląda on z pozoru na ciągły, ale odpowiednio powiększając skalę przybliżenia, dostrzegamy, że cyfrowy obraz dowolnej fali (także dźwiękowej) to uporządkowany szereg pojedynczych próbek ułożonych wzdłuż skali czasowej. O dokładności pomiaru tych próbek decyduje rozdzielczość bitowa, z jaką zrobiona jest konwersja analogowo-cyfrowa, a na ostateczną dokładność przetworzenia fali na postać cyfrową decydujący wpływ ma częstotliwość próbkowania, z jaką dokonuje się tych pomiarów.

 

Współcześnie znakomita większość interfejsów  dźwiękowych pozwala na zapis z 24-bitową precyzją (czyli na opisanie wartości chwilowej wysokości mierzonej fali za pomocą liczby 24-bitowej), a obecne oprogramowanie audio przetwarza sygnał z 32, a nawet 64-bitową dokładnością pomiaru. Jednak w celu nagrania standardowej płyty CD-audio konieczna jest konwersja zapisu do rozdzielczości 16 bitów z racji tego, że wymaga tego międzynarodowy standard opisujący zapis na płytach CD. Niestety, nie jest to na tyle proste, by można było jedynie obciąć te zbędne 8 lub 16 bitów, gdyż wówczas pojawią się słyszalne tak zwane błędy kwantyzacji.

Niestety, podczas obróbki dźwięku (nawet w „sterylnej” domenie cyfrowej) pojedynczy wierzchołek czystej początkowo fali zostaje  zniekształcony przez np. szumy lub zniekształcenia harmoniczne i wiele innych. Ich poziom będzie oczywiście o kilkadziesiąt decybeli niższy od samego dźwięku, jednak podczas ich zapisu cyfrowego nieregularny charakter tych zakłóceń sprawia, że są one wyraźnie słyszalne i bardzo nieprzyjemne dla ucha.

Można szczęśliwie i z tym problemem się uporać za pomocą ditheringu, który zakłada, że dodanie do nagrania odrobiny szumu podczas takiej konwersji pozwala zamaskować wymienione wcześniej zniekształcenia harmoniczne oraz uzyskać przyjemniejszą dla ludzkiego ucha charakterystykę brzmienia.

Powstaje zatem pytanie (wydawałoby się logiczne), po co nagrywać z 24-bitową rozdzielczością i potem tę rozdzielczość obniżać za pomocą sztuczek technicznych nieobojętnych dla jakości nagrania? Jednak okazuje się, że dobrze dobrany dithering umożliwia „przemycenie” powyżej poziomu szumu szczegółów nagrania zarejestrowanego w wyższej rozdzielczości, co by było nieosiągalne podczas nagrywania od razu w rozdzielczości niższej.

Aby dostrzec zbawienne działanie ditheringu, wystarczy zrobić prosty eksperyment. Należy krótki fragment nagrania poddać obróbce w edytorze audio i wyedytować go, wyciszając przez kilkanaście sekund. Dobrze jest wówczas zastosować krzywą wykładniczą, aby na samym końcu głośność nagrania była bardzo powoli obniżana poniżej granicy szumu. Następnie zróbmy zabieg zmniejszenia rozdzielczości bitowej tego wyciszenia dwukrotnie na tym samym fragmencie. Za pierwszym razem jeszcze bez stosowania omawianej sztuczki ditheringu, a podczas następnego już z jego zastosowaniem.

Aby lepiej porównać, co stało się z tymi mocno wyciszonymi fragmentami nagrania, możemy je teraz wzmocnić o np. 30 do 40 dB. Polepszenie końcowej jakości po użyciu ditheringu będzie słyszalne natychmiast. Fragment poddany konwersji z użyciem omawianego algorytmu będzie wybrzmiewał długo i klarownie jeszcze po nastaniu szumu, a fragment bez ditheringu bardzo szybko i całkowicie zniknie w gąszczu cyfrowych zakłóceń.

Różne odmiany omawianego algorytmu polegają na różnych sposobach uzyskiwania dobroczynnego szumu. Chodzi tu nie tylko o zniwelowanie przykrych skutków zmniejszania rozdzielczości bitowej, ale również zastosowanie takiego rodzaju szumu, który będzie możliwie najmniej zauważalny.

Reasumując, dithering pozornie mogący pogorszyć jakość nagrania przez wzrost zawartego ew nim szumu, bardzo poprawia jego brzmienie i klarowność, a szum wykorzystany podczas jego zastosowania są praktycznie niezauważalne!

Share